16     Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona     : Space Quest 1


Krzysztof " Genosha " Kozak


Jako fan wszelakich przygodówek z ciekawością sięgnąłem po grę tak starą, jak ja - Space Quest 1. Jest to pierwsza część jednej z niewielu słynnych serii, w które nie miałem okazji zagrać. Teraz, po kilku godzinach rozgrywki, pytam - czy było warto?



Firmy Sierra chyba nie trzeba nikomu bliżej przedstawiać. Na początku lat 90. miała ona niemalże monopol na przygodówki, które nota bene były wtedy najpopularniejszym gatunkiem gier. Bo i nie wymagały efektownej grafiki, a "jedynie" porządnego scenariusza i ciekawych zagadek (tyle że z tym akurat jest z roku na rok coraz gorzej - a może to tylko lament starego gracza?).

Space Quest 1 doczekał się sześciu kontynuacji, co wydaje mi się dość dziwne. Dziwne, bo szczerze mówiąc troszkę zawiodłem się na historii opowiadanej w grze. Wcielamy się oto w postać Rogera Wilco, dumnego "konserwatora powierzchni poziomych" (nie ma to jak PRL) olbrzymiego statku kosmicznego - Arcady. Wszystkie kłopoty zaczynają się w momencie, gdy Sarianie - międzygalaktyczni bandyci - atakują nasz gwiezdny krążownik i wycinają w pień niemalże całą załogę. Niemalże, bo i komu przyszłoby do głowy szukać potencjalnej ofiary w schowku na miotły? Tam właśnie spał nasz orzeł, którego będziemy musieli poprowadzić do odzyskania koniecznego do uratowania świata Generatora Gwiezdnego i do ucieczki z Arcady [skomplikowane, nieprawdaż?].

W sieci możecie odnaleźć dwie wersje Space Quest'a - EGA i VGA. Ja grałem w EGA - pierwotną, z 1986 roku, bez obsługi myszki. I to był chyba błąd. Czytelnikom polecam jednak wydaną cztery lata później VGA, której zapewne nie będzie się tyczyć większość z wad i usterek, które opiszę poniżej.

Po pierwsze, bardzo irytujące jest wydawanie komend naszemu dzielnemu astronaucie. Robimy to jak w pierwszych częściach Larry'ego - wpisując je z klawiatury. Może to sprawić trochę trudności, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, ciężko znaleźć odpowiednią komendę, bo autorzy gry nie potrudzili się, by umieścić ich spis w pomocy czy pliku readme. Błądzimy więc między USE, PUSH, PULL, TAKE czy COVER. To raz. Dwa, rażąca w oczy pikseloza znacznie utrudnia rozpoznanie niektórych przedmiotów, i bądź tu graczu mądry, czy to co trzymasz w rękach to GLOVE czy inny GUN.
To jest właśnie główny minus gry. Grafiki nie powinienem się czepiać, bądź co bądź mówimy o grze siedemnastoletniej. A swoją drogą, Space Quest został zrobiony przed dwie - słownie DWIE - osoby: Scotta Murphy'ego i Marka Crowe'a, czyli tzw. "dwóch kolesi z Andromedy" [zainteresowanych odsyłam do jednego ze screenshotów i na sierra.com]. Teraz przejdźmy do plusów, których tej grze nie brakuje.

Przede wszystkim podczas zabawy napotykamy na wiele tzw. in-jokes, o których pisałem już przy okazji Monkey Island. Jeżeli ktoś nie pamięta, to informuję: in-jokes są to wplecione w fabułę żarty i aluzje nawiązujące do czegokolwiek - innych gier, filmów, literatury - słowem wszystkiego. Przykład? Po wpisaniu odpowiedniej komendy [no dobrze, zdradzę: KEN] na scenę gry wchodzi ówczesny szef Sierry, Ken Williams i żali się, że nie przewidział tej gry w budżecie [to akurat prawda] i nie ma zapotrzebowania na tą tematykę [a to z kolei bzdura]. Prócz tego napotkamy na swojej drodze ZZ Top czy The Blues Brothers. Czyni to rozgrywkę znacznie przyjemniejszą i dodaje coś, czego tej grze wybitnie brakuje: dodatkową godzinę zabawy. Bo Space Quest to gra krótka, żeby nie powiedzieć bardzo krótka. Po opanowaniu komend od początku do końca da się ją przejść w góra pięć godzin. Mało, a jak na przygodówkę strasznie mało.

Szkoda, że największą trudność sprawia właśnie interfejs a nie zagadki. Bo te są co najmniej 'łatwe'. Miłą odmianą jest fakt, że nasz główny bohater może umrzeć i, w przeciwieństwie do większości przygodówek, są tu sytuacje z których po prostu nie ma wyjścia. Wobec tego zalecam częste nagrywanie stanu gry - inaczej można kompletnie stracić ochotę na doprowadzenie Rogera do szczęśliwego [czyżby?] końca.

Podsumowując, może Space Quest nie jest grą na miarę Monkey Island czy Police Quest, ale mimo to potrafi dostarczyć kilku godzin zabawy. Polecam ją wytrwałym miłośnikom tego gatunku, a wersję VGA - wzbogaconą między innymi o obsługę myszki i czytane na głos dialogi, co było niezwykłą rzadkością w roku 1990 - nawet tym, którym do tej pory obce były wymierające już niestety adventure games.

4/10 [EGA], 7.5/10 [VGA]

16     Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona     : Space Quest 1