22     Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona     : Karczma Pod Gupim Smokiem





Witam was po raz drugi w Karczmie po Głupim Smokiem, w tym miesiącu z przyczyn osobistych jedynie opowiadanie, jednak myślę, że na tyle długie aby zadowolić fanów gier fabularnych i stałych czytelników karczmy.
P.S. Gregorious powróci jeżeli jeszcze tego nie zrobił !



Był chłodny , mglisty poranek. Mlecznobiała zasłona pokrywała cały las od korzeni aż po korony , czyniąc go bardziej tajemniczym i strasznym niż był rzeczywiście. Widoczność była niewielka , tak że jadący rycerze widzieli niewiele więcej niż ślepiec wrzucony do ciemnej piwnicy. Nie był to regularny odział imperialnej kawalerii , chociaż ich ciężkie uzbrojenie mogłoby na to wskazywać. Każdy z nich przybył z innego zakątka świata w jednym tylko celu - niszczyć zło i sługi chaosu. A było ich dwudziestu i jeden. Połowa z nich to odziani w zbroje płytowe imperialni rycerze zakonni , którzy ślubowali nigdy nie zostawić przy życiu żadnego sługi zła. Pozostali to doświadczeni wojownicy z Norski , Kisleva , Lustrii , Arabii i Bretonii , czyli z całego znanego nam świata. Prowadził ich Roderick - łowca czarownic. To właśnie on pierwszy wpadł na trop gniazda starożytnego zła leżącego gdzieś w górach oddzielających żyzne równiny Imperium od Jałowych stepów Hegemonii Hobgoblińskiej. Już wiele dni podążali tropem kultysty - kuriera i wszystko wskazywało na to że ich podróż wkrótce dobiegnie końca. Oto bowiem ich przewodnik któregoś dnia odkrył wąski szlak wiodący wzdłuż skalnego klifu w głąb bezdennej przepaści. Jednym z tych dzielnych obrońców dobra był Emariel - Vat - Yan. Był jedynym elfem biorącym udział w tej wyprawie , ale nie tylko dlatego inni odnosili się do niego z rezerwą. Był bowiem chodzącym zaprzeczeniem stałości zwyczajów Starego Świata. W młodym wieku dla żądzy przygód opuścił swój rodzinny dom w Athel Loren. Jako młody elf , wychowywany w kulcie piękna i harmonii przeżył szczególnie silny szok poznając otaczającą go rzeczywistość. Zaznał wiele zła od ludzi , którzy nigdy nie uznawali go za równego sobie i poznał świat z tej mrocznej strony , pełen zła , przemocy , gwałtu i nierówności społecznej. Tym mocniej utwierdziło go to w przekonaniu że tak nie musi być. Nauczył się walczyć mieczem i łukiem , gdyż w Starym Świecie na bezbronnego wędrowca czyhało wiele niebezpieczeństw. Wykazywał w tej sztuce nieprzeciętne umiejętności i wkrótce walka stała się jego pracą. Nazywał siebie "rycerzem fortuny" , aby odróżnić się od najemników , którzy zaciągnąwszy się pod sztandary jakiegoś feudała zajmowali się jedynie plądrowaniem , morderstwami i grabieżą na ziemiach wrogów ich pracodawcy. Emariel był prawdziwym honorowym rycerzem , których niewielu można było spotkać w tych ponurych czasach , no chyba że w granicach murów zakonnych , gdzie wojownicy poświęcali swe życie bogom dobra i prawości. Ponieważ najemnik rzadko długo przebywa w jednym miejscu ( musi wszak szukać pracy ) , elf wiele podróżował. Zwiedził Imperium , Bretonię i Kislev. Kiedy ukończył osiemdziesiąt lat ( elfy są długowieczne , mogą żyć i po kilkaset lat ) wyruszył wraz z najemną armią na podbój Arabii. Ta krucjata nie trwała długo , ale Emariel pozostał tam przez wiele lat , poznając obyczaje i kulturę tych dumnych władców pustyni i zwalczał wszelkie zło jakie napotkał. Kiedy jego ukochana zginęła z rąk nekromanty - łowcy dusz , elf pomściwszy ją powrócił do Imperium. Dobrowolnie szukał śmierci rzucając wyzwanie najstraszliwszym potworom i demonom , gdyż życie straciło dla niego sens. Właśnie dlatego obawiano się go , gdyż gniew i desperacja bywają bronią potężniejszą od stali. Tego ranka jechał razem z innymi z nadzieją , że spotka swe przeznaczenie i Sarriel - elfi bóg snu i śmierci zabierze go do swego królestwa i ukoi ból przeszywający jego serce. Jego magiczna zbroja wiatru połyskiwała w słońcu a miecz pięciu kręgów tkwił naoliwiony w pochwie. Emariel wiedział , że nim odejdzie , zabierze ze sobą na tamten świat wielu wrogów i chociaż to podniosło go na duchu. Nastrój nerwowego oczekiwania dawał się we znaki nie tylko jemu. Dermont , rycerz Zakonu Płonącego Serca , który był zawsze niepoprawnym optymistą , dzisiaj jechał zamyślony i co chwilę odmawiał półgłosem modlitwy do Sigmara Młotodzieżcy - boga i założyciela Imperium. Nawet Marvin - jeszcze niedawno giermek , w którym elf widział odbicie siebie w młodości , miast zabawiać wszystkich dowcipami zasłyszanymi w karczmach , dzisiaj jechał milczący i nerwowo głaskał pióra swego tresowanego sokoła. Zjeżdżali w dół wąską ścieżką tak długo , aż dotarli do jej kresu - dużej i rozległej skalnej półki. Wkrótce ujrzeli wykuty w skale rzeźbiony portal. Masywne drewniane drzwi zamykały im drogę do wnętrza góry. Miejsce to wyglądało jak przedsionek piekieł. Rycerze nie spiesząc się zsiedli z koni. Każdy uzbroił się jak najlepiej jak mógł , gdyż nikt z nich nie wiedział co ich tu może czekać. Emariel wziął ze sobą tylko tarczę słońca , miecz pięciu kręgów , łuk i kołczan ze strzałami. Wielkie wrota dały się łatwo otworzyć , co nasuwało podejrzenia , że ich wróg jest tak potężny iż nie musi obawiać się napaści. Zapalili pochodnie i ruszyli długim korytarzem wykutym w skale. Pierwszą ofiarą stał się Roderick , gdy idąc na końcu nieopatrznie nacisnął stopą na poluzowaną kamienną płytę w posadzce. Z sufitu runęła na nich lawina kamieni. Rycerze rzucili się naprzód , ale dla łowcy czarownic było już za późno. Wielki blok skalny zmiażdżył go całkowicie. Co gorsza teraz mieli zablokowaną drogę odwrotu. Jeżeli jednak ich wrogowie słyszeli huk lawiny , to mogli z powodzeniem uznać ich za martwych. Zgaszono więc wszystkie źródła światła i wojownicy w absolutnej ciszy , z wyciągniętą bronią posuwali się w głąb kompleksu. Wędrówka ta ciągnęła się niemal w nieskończoność , ale widok jaki ujrzeli na jej końcu całkowicie ich zaszokował. Stanęli bowiem u wejścia do największej jaskini , jaką kiedykolwiek widzieli. I była to świątynia. Jej kopulaste sklepienie pokryte było wizerunkami demonów i potworów a zaszczytne miejsce na jej zwieńczeniu zajmowała wielka płaskorzeźba złego boga krwi - Khorna. Po drugiej stronie tej okrągłej sali , na podwyższeniu stał ołtarz ofiarny oświetlony blaskiem trzynastu czarnych świec. Reszta sali była względnie pusta jeżeli nie liczyć około0 dwustu rozrzuconych po posadzce krzeseł zrobionych ze zrośniętych ludzkich kości. Miejsce to tchnęło aurą minionych wieków. Mogło być nawet tak stare jak ludzkość. Na ołtarzu stał odziany w szaty koloru krwi kapłan a dookoła stało wiele zakapturzonych postaci. Rycerze stali nieruchomo nie wiedząc co robić , dopóki na rozkaz mrocznego akolity otaczające go istoty nie ruszyły w ich kierunku. Idąc zrzucali z siebie płaszcze , ukazując swoje prawdziwe oblicza. Rycerze chaosu -oni to bowiem kryli się pod przebraniami , wydobywszy broń rzucili się do ataku. Każdy z nich chciał walczyć ku chwale mrocznego bóstwa któremu się poświęcił. Rozgorzał krwawy bój. Emariel zdał sobie sprawę , że wojownicy chaosu którzy stali pod ołtarzem służyli wszystkim mrocznym bogom ! Zamiast współpracować , powinni się zwalczać , bo pomiędzy nimi istniała odwieczna rywalizacja o dominację. Dlatego takie przymierze gdyby stało się powszechne , mogłoby zagrozić całemu znanemu elfowi światu. Nie miał jednak czasu , by się nad tym głębiej zastanowić , gdyż oto właśnie nadbiegał ku niemu odziany zieloną , pokrytą runami zbroję rycerz Nurgla - pana zarazy i rozkładu. Walka trwała długo , gdyż przeciwnik Emariela był dobrym szermierzem a na dodatek w nieludzki sposób potrafił przewidzieć wszystkie jego ruchy. Najwidoczniej umiał czytać w myślach. Elf postanowił go przechytrzyć. Wyobraził sobie , że za chwilę uderzy rycerza w nogi i kiedy ten opuścił tarczę został pchnięty w szczelinę w hełmie. Rycerz chaosu charcząc upadł na ziemię w kałuży krwi. Wynik potyczki wydawał się już być przesądzony. Większość wrogów już zginęła , a pozostałych przy życiu trzymała chyba już tylko determinacja. Emariel zaczął rozglądać się w poszukiwaniu złego maga. Stał nadal na ołtarzu , ale teraz obrócony tyłem do walczących a ruchy jego rąk wskazywały na rozpoczęcie magicznej inkantacji. Elf rzucił się w jego kierunku. Nim jednak zdążył dobiec , przed ołtarzem otworzył się okrągły portal powstały z płynnej krwi. Ten nieludzki potwór najwyraźniej chciał uciec a na to Emariel nie mógł pozwolić. Zresztą reszta jego towarzyszy broni zajęta była wycinaniem pozostałych wojowników chaosu. Podbiegł więc i z całej siły pchnął mieczem w otwór w którym zniknął kapłan Khorna. Poczuł jak ostrze zagłębiło się w ciało. Nie zdążył jednak nacieszyć się swoim zwycięstwem , gdyż portal wciągnął go do środka i ciemność pochłonęła jego świadomość. Nie miał pojęcia , jak długo był nieprzytomny , ale ucieszył się , że wciąż żyje. Nie wiedział gdzie się znajduje , ale instynkt nakazywał mu zbadać jak najwięcej otoczenia , bez zdradzania że żyje Zorientował się , że leży na suchej trawie i na otwartej przestrzeni - chłodny wiatr muskał jego twarz. Szum liści uświadomił mu , że znajduje się w lesie. Powoli , nie spiesząc się otworzył oczy. Ujrzał korony drzew a ponad nimi rozgwieżdżone niebo. Gdy podniósł się , stwierdził , że choć całe ciało ma poobijane , to nie licząc kilku lekkich ranek ciętych nic mu nie jest. Po prostu kilka kolejnych blizn - pomyślał. Obok miejsca , w którym leżał gdy odzyskał świadomość , spoczywało martwe ciało maga chaosu. Leżał na wznak przebity mieczem Emariela, a jego twarz wykrzywiał potworny grymas. A więc zemsta się dokonała - mruknął sam do siebie Emariel. Niestety nie mam pojęcia , dokąd zaniosła mnie ta przeklęta brama i gdzie są moi towarzysze broni. Spokojnie rozejrzał się i pozbierał to co należało do niego. Wyjął z trupa swój miecz i oczyścił z krwi. Tarczę , kołczan i łuk przyczepił na plecach , a magowi zabrał prosty sztylet. Nie znalazłszy już przy nim niczego przydatnego , po raz ostatni spojrzał na miejsce gdzie się obudził , po czym ruszył w drogę. Wkrótce jednak zorientował się , że w nocy i tak daleko nie zajdzie i może stać się łatwym łupem dla nieznanych drapieżników. Postanowił więc przenocować w lesie. Wdrapał się na najwyższe drzewo w okolicy i zasnął ukryty wśród gęstego listowia. Poranek zastał Emariela wciąż śpiącego w najlepsze. Obudził go dopiero ryk przechodzącego nieopodal niedźwiedzia. Upewniwszy się , że jest tu sam elf powoli zsunął się z drzewa. Leżące nieopodal ciało maga było Na wpół rozszarpane i nadjedzone - patrząc na nie odczuł wdzięczność dla Faranela , swojego nauczyciela z Athel Loren. To on nauczył młodego elfa , jak ukrywać się w lesie przed wzrokiem drapieżników i osób niepożądanych. Ku swojemu zdziwieniu , zauważył leżącą obok ciała sakwę. Była przyczepiona do pasa zabitego i jak przypuszczał , dzięki swej magicznej naturze niewidzialna dla innych ludzi. Teraz , gdy z jej właściciela zostały tylko żałosne resztki , była gotowa aby zaakceptować nowego posiadacza. Wziął ją więc i przyczepił do swojego pasa. W środku znalazł niewielką księgę , oprawioną w skórę jakiegoś futrzastego zwierzęcia. Był to grimuar - podręcznik magii , na dodatek zapisany łatwym do odszyfrowania kodem. Emariela zawsze pociągała magia , ale uważano że nie ma żadnych wrodzonych zdolności , więc nie miał szans by zostać uczniem czarodzieja - a taki zaszczyt spotykał tylko młode elfy o niezwykłych uzdolnieniach w tej dziedzinie. Postanowił więc , że będzie się uczyć z tej księgi w wolnych chwilach - magia mogła mu się przydać w tym nieznanym miejscu w którym się znalazł bardziej niż kiedykolwiek. Schował księgę z powrotem do sakwy i ruszył w nieznane. Wkrótce opuścił las i wędrował porośniętą wysoką trawą prerią usianą gdzieniegdzie wysokimi pagórkami. Zapasy żywności uzupełniał upolowaną z łuku zwierzyną a wodę czerpał z wartkich strumyków które przekraczał. Miejsce to wydało się Emarielowi niemal idealnym. Aż chciałoby się założyć tu dom. Dziwiło go tylko , że obszar ten był całkowicie bezludny i tylko gdzieniegdzie napotykał na ruiny jakiegoś domostwa czy innej budowli. Któregoś wieczoru , gdy kładł się spać na skraju wielkiego boru usłyszał kobiece krzyki. Kodeks rycerski nakazywał , by nigdy pozostawiać damy w potrzebie , a tego kto dopuścił się tego haniebnego czynu czekała niesława a nawet sąd. Na dodatek elfy to dobre istoty i wrażliwe. Dlatego zachowując niezbędne środki ostrożności podążył w kierunku źródła krzyku. Szybko dotarł na polanę , na której miała miejsce masakra. Liczące przeszło dwa tuziny stado wilkołaków schwytało w zasadzkę grupę wędrowców. Napadnięci musieli być świetnymi wojownikami , gdyż połowa wilkołaków leżało pokotem na placu boju , a ich ciała były poczerniałe i nadpalone. Teraz jednak wszyscy wojownicy leżeli martwi , a reszta stada rzuciła się na konie , kobiety i dzieci. Na ten widok zawrzał gniewem. Wbiegł na polanę i zaczął obrzucać wilkołaki najgorszymi obelgami w języku demonów i przeklętych. Nie zrozumiały go - to oczywiste , ale bez trudu odgadły jego intencje. Dwanaście par ślepi błysnęło ku niemu z nienawiścią i wilkołaki ruszyły na niego całą watahą. Wrogów był zbyt wielu , Więc elf musiał jakoś zmniejszyć dysproporcję sił. Wyrzucił cały gniew ze swego umysłu i skupił się. Narysował w myśli magiczny symbol i złożył dłonie , potem rozsunął palce i rozczapierzył je. Chociaż formułę tego czaru wyczytał pospiesznie z księgi magii podczas ostatniego popasu , udało mu się wykonać wszystkie elementy poprawnie. Z pomiędzy jego palców wystrzeliła ognista kula , która poleciała w stronę szarżujących bestii. Trzy wilkołaki zostały rozerwane na kawałki wybuchem tego magicznego pocisku. Pozostałe chwiały się na nogach oszołomione. Korzystając z powstałego zamieszania Emariel zdjął z pleców łuk i zanim stwory zdążyły ochłonąć , dwa kolejne padły z gardłami przeszytymi strzałami. Kiedy pozostałe wilkołaki podbiegły na bliską odległość , elf odrzucił łuk i przygotował miecz oraz tarczę. Kiedy pierwszy wilkołak próbował skoczyć mu na pierś , Emariel kucnął i wyciągniętym mieczem przeorał przelatującemu nad nim brzuch i jednocześnie rozkwasił pysk kolejnemu uderzeniem tarczy. Wiedział , że nie pokona wręcz tylu na raz , więc skoczył do tyłu i upadł plecami na trawę , jednocześnie zatoczył koło mieczem i wyzwolił jedną z pięciu zawartych w jego mieczu magicznych mocy - krąg wiatru. Potężny podmuch porwał w powietrze dopadające go bestie i rzucił w dal z potężną siłą. Tego już było za wiele. Wilkołaki są inteligentne , więc widząc , że nie mają szans zwyciężyć , zaczęły uciekać na tyle szybko , na ile pozwalały im obolałe łapy. Emariel podniósł się z ziemi i pozbierał swoją broń. Teraz , gdy na placu boju zapadła martwa cisza , Emariel mógł się przekonać , komu właściwie próbował pomóc. Ciała czterech mężczyzn właściwie ni czym nie różniły się od typowych lekkozbrojnych jeźdźców , nosili koszulki kocze a ich głowy osłaniały otwarte hełmy. W walce tak jak on używali mieczy. Pozostali dwaj mężczyźni należeli do innej , nieznanej Emarielowi rasy. Byli dosyć wysocy i dobrze zbudowani. Z pomiędzy ich jasnych włosów strzelały ku górze dwa niewielkie rogi. Elf zdziwił się , gdyż w jego świecie rogi były atrybutami sług chaosu , ale w tych ludziach nie wyczuwał zła. Nosili zielone ubrania i skórzane pancerze w tym samym kolorze. Nie nosili przy sobie innych broni , oprócz długich drewnianych , obciągniętych skórą pałek , przypominających rękojeści biczy . W ramach eksperymentu Emariel wziął jeden z nich i użył go tak , jakby na końcu rękojeści znajdował się rzemień. W miejscu uderzenia nastąpił oślepiający błysk i trawa natychmiast uległa spaleniu. Magiczna broń - stwierdził Emariel i nie porzucił bicza mimo że miał dosyć własnej broni , lecz wsadził go za pas. Zaspokoiwszy ciekawość elf zaczął sprawdzać czy ktoś z leżących jeszcze żyje. Niestety wszyscy byli martwi a w ich ciałach ziały głębokie ramy zadane kłami i pazurami wilkołaków. W miejscu , gdzie przedtem stały stłoczone kobiety i dzieci , teraz leżała sterta rozszarpanych fragmentów ciał. Patrząc na nie Emariel ledwie powstrzymał mdłości. W pewnym momencie zauważył , że ciało jednego z martwych wilkołaków lekko się poruszyło. Elf natychmiast wyciągnął miecz , gdyż wiedział , że ranny wilkołak bywa niebezpieczniejszy od zdrowego , gdyż jest wściekły i zdesperowany. Emariel podszedł do niego zasłaniając się tarczą i zdecydowanym ruchem miecza przewrócił stwora na plecy. Ku jego zdumieniu okazało się , że wilkołak był martwy a poruszyła się przygnieciona jego cielskiem dziewczyna. Była to najpiękniejsza istota jaką elf kiedykolwiek widział. Jej długie kasztanowe włosy zasłaniały lekko twarz o delikatnych rysach , a jej oczy w kolorze głębi oceanu wyrażały najwyższe przerażenie.
Spojrzała na niego i zaczęła krzyczeć. Próbowała wstać , ale zakrwawiona noga odmówiła jej posłuszeństwa. Emariel zorientował się że wojownicy z tego świata nie noszą zbroi płytowych , więc pewnie wzięła go za kolejnego potwora który chce ją zabić. Odłożył więc tarczę i schował miecz do pochwy wyczyściwszy go uprzednio z trującej posoki. Kimkolwiek jest ta dziewczyna , jego honor nie pozwoliłby mu zostawić jej samej na pastwę losu. Z jednego z mieszków przy pasie wyciągnął bandaż i lecznicze zioła. Ukląkł przy niej i zaczął opatrywać jej ranę , mimo że z początku próbowała mu się wyrwać. Przestała krzyczeć i zaczęła mu się przyglądać - najwyraźniej zrozumiała jego dobre intencje. Wyciągnęła dłoń w jego kierunku i narysowała w powietrzu nieznany mu symbol magiczny , który na moment zabłysnął niebieskim światłem. Emariel nigdy nie widział takiego , ale przypuszczał iż jest to sposób na rozpoznawanie w tym świecie sług zła. Chyba przeszedł ten test pozytywnie , gdyż dziewczyna zaczęła coś do niego mówić w niezrozumiałym języku. Początkowo nie wiedział jak pokonać tę barierę językową , ale w końcu wpadł na sposób. Z ukrytej sakwy wyjął podręcznik magii i zaczął wertować go w poszukiwaniu pewnego prostego czaru o którym słyszał. O , jest - powiedział sam do siebie. Znalazłszy odpowiednią stronę szybko przeczytał przepis. Następnie odciął język jednemu z martwych wilkołaków i wykonał niezbędną inkantacje. Teraz , gdy dzięki działaniu czaru Emariel mógł mówić w dowolnym języku , był gotów aby dowiedzieć się prawdy. Witaj pani - rzekł unosząc opancerzoną rękawicę w uniwersalnym geście pozdrowienia. Kim ... czym jesteś stalowy demonie - odparła zaskoczona. Dlaczego sądzisz , że jestem demonem ? Bo masz stalową skórę. Przerwał jej gromki śmiech Emariela. Naprawdę dziwię ci się pani. Tych mężczyzn w kolczugach i hełmach nie nazywasz demonami , a przecież tak jak ja nosili zbroje. Ale człowiek nie uniósłby czegoś takiego - stwierdziła z niedowierzaniem. W moim świecie silni wojownicy noszą coś takiego. Dlaczego ukrywasz twarz pod takim hełmem ? On chroni mnie przed ciosami wrogów , a poza tym nie jestem człowiekiem , więc możesz się mnie przestraszyć. Nie oceniaj mnie tak nisko wojowniku - odparła. Tam skąd pochodzę żyje wiele dziwnych istot. Dobrze więc - rzekł Emariel i zdjąwszy hełm przypiął go do pasa. Dostrzegł w oczach dziewczyny błysk rozbawienia. J ty uważasz się za brzydkiego - rzekła figlarnie. Elf trochę się zawstydził na te słowa i bezskutecznie liczył na to , że ona tego nie zauważy. Wybacz mi pani , że dotąd się nie przedstawiłem. Jestem Emariel Vat Yan z Loren. Miło mi cię poznać , zważywszy na okoliczności. Jestem Aylinn z Zielonej Doliny. Jeszcze nie zdążyłam ci podziękować za uratowanie życia. Był to dla mnie zaszczyt i obowiązek. W tej sytuacji powinienem towarzyszyć ci do najbliższego bezpiecznego miejsca , jeżeli takie istnieje w tym świecie. Podążaliśmy do Zielonej Doliny , kiedy napadły nas wilkołaki - powiedziała Aylinn. To tylko jakieś dwa tygodnie drogi stąd. Wkrótce czar przestanie działać i nie będę mógł cię rozumieć. Będę wdzięczny jeśli nauczysz mnie waszego języka , a tymczasem sądzę , że powinniśmy jak najszybciej opuścić to miejsce , gdyż wilkołaki mogą wrócić. Nie mogę chodzić - odparła. Na to akurat mogę coś poradzić - rzekł ze śmiechem Emariel i wziął ją na ręce. Emarielowi udało się złapać jednego z przerażonych koni należących do napadniętych , więc ich tempo poruszania się znacznie wzrosło. Dni mijały zaskakująco szybko. Aylinn uczyła Emariela podstaw języka Estcarptiańsiego , a on w miarę możliwości uczył ją tajników Eltharinu i opowiadał o bogatej kulturze ludu z którego się wywodził. Powoli , zupełnie nieoczekiwanie wytworzyła się między nimi dziwna więź. Chociaż nie zawsze potrafili się porozumieć , doskonale odgadywali swoje myśli. Z wolna Emariel zaczął uświadamiać sobie , że za nic nie chciałby jej utracić. Jednak Escore długo jeszcze nie będzie spokojnym miejscem , o czym oboje mieli się wkrótce przekonać. Ostatnią noc przed dotarciem do Zielonej doliny zamierzali spędzić w miejscu , które Aylinn uznawała za najbezpieczniejsze w tym kraju - w środku starożytnego kamiennego kręgu. Był on zbudowany na skale niebieskiego koloru , a wyznaczające krąg kolumny tak jak skała zaczęły w mroku świecić delikatną błękitną łuną. Aylinn rozłożyła swój koc na kamiennej posadzce i niemal natychmiast zasnęła. Emariel niezdarnie przykrył ją swoim kocem i nie mając nic innego do roboty zaczął czyścić swoje uzbrojenie i pancerz. Miał niejasne przeczucie , że może im coś grozić , ale nie miał żadnych racjonalnych dowodów potwierdzających taką ewentualność. Wkrótce zmorzył go sen. Obudził się jako pierwszy. Widok który ujrzał , nie nastrajał go optymistycznie do życia. Słońce powinno wesoło przygrzewać , a tymczasem było ukryte za grubą warstwą chmur. Lepka , szara mgła pokrywała całą okolicę - z wyjątkiem wnętrza kręgu w którym się znajdowali. Emariel wiedział już , że zostali otoczeni. Znowu na nich polowano , ale tym razem nie były to już tylko wilkołaki. Najwyraźniej wrogowie nie mogąc przełamać bariery kręgu prastarej mocy w której się schronili postanowili uniemożliwić im wyjście i czekać aż podejmą rozpaczliwą próbę wydostania się z pułapki. Dookoła ich schronienia wykopano szeroki i głęboki na kilkanaście metrów rów. Jego twórcy okrążyli go siedmiokrotnie a potem czekali z widocznym zadowoleniem na dalszy rozwój wypadków. Mieli płaskie głowy z małymi oczkami i ostrymi kłami , osadzone na beczkowatych korpusach wyposażonych w krótkie szponiaste łapy i stopy. Poza tą przeszkodą czekali na nich jeszcze inni wrogowie. Byli ubrani w czarne kolczugi i hełmy mężczyźni zbrojni w miecze. Zaś zawodzenie wilkołaków słychać było z daleka. Ponieważ dalszy widok przesłaniała mgła , Emariel obudził Aylinn i przedstawił jej zastaną sytuację. Kiedy dowiedziała się co zrobili Thasowie - tak bowiem nazwała te plugawe żyjące pod ziemią istoty , załamała się. Rzucili na nas klątwę , przykuwając nas do tego miejsca. Jesteśmy zgubieni - łkała. Elf przytulił ją , uspokoił i powiedział - Obiecałem , że dowiozę cię bezpiecznie i dotrzymam słowa. Emariel powoli podszedł do brzegu magicznego kręgu. Zaraz za linią kamieni drogę zagrodził mu niewidzialny mur. Nie mógł go przekroczyć , choć uderzał weń mieczem i napierał z całej siły. Odpowiedzią na jego bezowocne wysiłki był jedynie rechot zadowolenia Thasów. Najwyraźniej słudzy zła byli już pewni zwycięstwa. Ale on wiedział że się nie podda , tak jak nie poddał się w dniu gdy Sarah umierała na jego rękach. Tchórze , trawojady , zmutowane pokurcze !! - krzyczał w Mrocznej Mowie - języku demonów i przeklętych. Dlaczego nie macie odwagi stanąć ze mną do walki !! Dlaczego mnie prześladujecie !! . Powoli w jego kierunku zbliżyła się postać , która wyłoniła się z mgły , ubrana w długi , czarny płaszcz z kapturem zasłaniającym twarz. Szedł unosząc się kilka centymetrów nad ziemią i zatrzymał się tuż przed niewidzialną barierą. Znasz nasz język i masz moc - powiedział. Równowaga sił w Escore już dawno została naruszona. Nie możemy pozwolić by siły światła w Zielonej Dolinie zasilił tak potężny mag jak ty. Dlatego musisz umrzeć. Wypuśćcie chociaż dziewczynę , ona nic nie zrobiła. Zza kaptura wydobył się odgłos , który przy dużej dozie wyobraźni można by uznać za śmiech. Sam dobrze wiesz , że na wojnie nie ma niewinnych są tylko ofiary - odparł , wciąż rozbawiony. Z tego co mówiła Aylinn , magicznej bariery którą ich otoczono , praktycznie nie da się przebić od wewnątrz - przynajmniej przez mieszkańców tego świata. Tu właśnie widział swoją szansę. Wypowiedział w myśli formułę jednego z najpotężniejszych zaklęć znanych w Starym Świecie - rozproszenia magii. W odpowiedzi rozległ się dźwięk , jakby zbito na raz setki szyb okiennych i magiczna bariera przestała istnieć , podobnie jak ciemne chmury przesłaniające niebo. Następnie wyciągniętym mieczem ciął na odlew przez kaptur złego adepta. Na ziemię zamiast ciała upadły jedynie puste , podarte szaty. Imponujące - usłyszał w myślach znajomy głos - ale w ten sposób tylko przybliżyłeś chwilę swojej śmierci. Otaczająca krąg mgła rozwiała się. Elf rozejrzał się wokoło. Setki Thasów wpatrywało się w niego swymi kaprawymi ślepiami. Na równinie stał oddział stu kilkudziesięciu ubranych na czarno i odzianych w kolczugi i rogate hełmy wojowników. Wilkołaki leżały na trawie , a Rasti - gigantyczne krwiożercze gryzonie wielkości kota biegały całymi stadami w poszukiwaniu zdobyczy. Nawet używając czarów nie pokona tak wielu. Mógł zrobić tylko jedno - uwolnić moc , która jest źródłem potęgi jego miecza. Wypowiedział więc powoli hasło , które poznał , gdy otrzymał ten oręż od maga któremu ocalił życie. Następnie wbił miecz ostrzem w ziemię. Ostrze buchnęło płomieniem - i to jakim. Wielki ognisty wir wzniósł się na wysokość piętnastu metrów , po czym zniknął. Na jego miejscu pozostała najstraszniejsza istota , jaką Emariel kiedykolwiek widział. Miała jak człowiek ręce i nogi , ale na tym kończyły się wszelkie podobieństwa do rodzaju ludzkiego. Miała dziesięć metrów wysokości , a jej potężne muskuły pokrywała skóra czerwonego koloru. Miała jej długi ogon zakończony żółtymi płomieniami zamiatał ziemię. W lewej ręce trzymała wielki , ognisty bicz , a w prawej buchający płomieniami miecz. Jej głowę - spłaszczoną karykaturę ludzkiej , wieńczyła para kręconych jak u antylopy rogów. Oto stanął przed nim demon. Na ten widok wszyscy słudzy cienia stanęli jak sparaliżowani - nigdy bowiem nie widzieli czegoś tak strasznego. Demony bowiem są sługami złych i występnych bogów chaosu - choć nie wszystkie. Mniejsze można było pokonać w walce , ale spotkanie takiego prawie zawsze kończyło się śmiercią śmiertelnika , chyba że dysponował potężną magią demonologiczną , zdolną odesłać go do jego własnej sfery egzystencji. Demon wydał z siebie straszliwy ryk który niemal zmroził wszystkim krew w żyłach , po czym rzekł : Nareszcie we własnym ciele! Więc to tobie mam teraz służyć śmiertelniku - jego głos zadudnił jak trzęsienie ziemi. Emariel miał teraz przed sobą czystą esencję zła którego tak nienawidził i z którym przysiągł walczyć do ostatniej kropli krwi. Ale teraz jego sytuacja już wcześniej była beznadziejna. Ale jak mawiał mag , który podarował mu miecz , "chaos najlepiej zwalcza się chaosem". Posłuchaj mnie uważnie demonie - powiedział elf. Ja niszczę zło , a nie władam nim. Ale rozsądny szermierz nie odrzuca w potrzebie dobrej broni. Na twarzy demona pojawił się grymas przypominający uśmiech , który świadczył , że pochlebstwo zadziałało. Emariel kontynuował - teraz pomożesz mi zniszczyć moich wrogów , niedbałym gestem wskazał na czekające w napięciu sługi wiecznego mroku , a potem uwolnię cię i będziesz mógł wrócić do swojej sfery egzystencji. Z gardzieli demona wydobył się chrapliwy pomruk , po czym skinął głową na znak aprobaty. Bitwa , która się potem rozegrała , bezsprzecznie zasłużyła na miano "wojny Światów". Elf i demon , ramię w ramię kroczyli pośród nieprzyjaciół i zadawali im śmierć - szybko i bezlitośnie. Cała okolica spłynęła krwią , a ciała pokonanych wilkołaków , Rasti i rycerzy ciemności grubym kobiercem pokrywały ziemię. Pośród nich leżało zmiażdżone i przypalone ciało złego maga , który pewny swej potęgi ośmielił się rzucić wyzwanie Baarlukhowi - wielkiemu demonowi Khorna. Walka trwała długo , dopiero po chwili Emariel zorientował się , że jest sam na pobojowisku. Demon odszedł wolny zgodnie z umową i wszechobecną ciszę przerywały jedynie jęki umierających. Gdy emocje opadły , przypomniał sobie , że przecież zostawił Aylinn pośrodku kręgu - samą. Wrócił tam przechodząc przez przerzucony nad rowem magiczny most. Już z daleka zobaczył ja leżącą bezładnie na ziemi. Dzięki bogom żyła - najwidoczniej zemdlała ze strachu. W końcu sam widok demona niejednego , doświadczonego wojownika doprowadził do obłędu , a co dopiero niewinną dziewczynę. Delikatnie wziął ją na ręce i już chciał oddalić się z tego miejsca kaźni , gdy usłyszał tętent koni. Jeźdźcy zbliżali się powoli nie mogąc uwierzyć w prawdziwość roztaczającego się dookoła widoku. Sądząc po wyglądzie byli to wojownicy z Zielonej Doliny , bicze trzymali w pogotowiu i patrzyli na niego niezbyt przyjaźnie. Gdy zbliżyli się , Emariel powiedział spokojnie i powoli w łamanym dialekcie estcarptiańskim : Potrzebujemy pomocy - po czym wymienił nazwę Zielonej Doliny. Z zadowoleniem stwierdził , że został zrozumiany właściwie. Jeden z Zielonych Mężów - tak bowiem ich nazywano wziął od niego dziewczynę i wskazał , którego wierzchowca ma dosiąść. Gdy jechali , po obu stronach miał zawsze dwóch strażników. Nie ufali mu - ale Emariel nie dziwił się temu - zważywszy na jego niecodzienny wygląd i pobojowisko na którym go zastali. Zresztą po tym co się stało nie ufał już nawet sobie. Po kilkugodzinnej , forsownej jeździe dotarli wreszcie do jednej z kilku bram wiodących do tego pięknego zakątka - oazy światła pośród morza ciemności. Elf nie zauważył wprawdzie żadnych fortyfikacji , ale miał podstawy sądzić , że chronią ją potężne , magiczne zabezpieczenia. Wkrótce zatrzymali się przed jednym z nich. Dwa słupy z chropowatego kamienia wyznaczały bramę , a na każdym wyryty był jakiś symbol mocy. Jeden z jeźdźców rozkazał Emarielowi przyłożyć do nich nagie dłonie. Pod dotknięciem zimny dotychczas kamień zaczął się rozgrzewać , a symbole rozjarzyły się oślepiająco. Fakt ten wywarł na wszystkich ogromne wrażenie. W Zielonej Dolinie powitano go jako władcę nieznanej w tym świecie, potężnej mocy. Namawiano go , by został z nimi , gdyż wielki zyskał w ich oczach szacunek. Wkrótce rozniosła się wieść , o tym jak samotny wojownik pokonał cały legion sił ciemności. Emariel podczas tego ostatniego etapu swojej podróży miał dużo do przemyślenia. Jego przeznaczeniem jest śmierć - tak o sobie myślał . Lecz dopóki nie może ona go dosięgnąć , niszczy wszystko , co jest mu bliskie. Aylinn powoli wracała do siebie , po przeżytym szoku , więc Emariel spędził w dolinie jeszcze wiele tygodni. Dużo czasu spędził z ukochaną , ale wiedział , że ich szczęście wkrótce się skończy. I oto niespodziewanie nadszedł pierwszy Sigmarzeita , czyli dzień letniego przesilenia. Emariel siedział na koniu w pełnym rynsztunku , a jego zbroja lśniła w promieniach porannego słońca. Ona stała obok konia , ubrana w sukienkę koloru błękitu nieba. Ich spojrzenia mówiły więcej niźli najpiękniejsza ballada. Ona wiedziała , że jeżeli nie odnajdzie sposobu na powrót do ukochanej ojczyzny - wróci do niej. On kochał ją , lecz wiedział , że musi odejść , by ochronić ją przed chaosem tkwiącym w swoim sercu. Oboje wiedzieli , że to co sobie wzajemnie ofiarowali - płomień nadziei i miłości jest cenniejsze niźli wszystkie skarby świata i trwać będzie wiecznie. Wrócę - powiedział do niej , pozdrowił gestem wszystkich przyjaciół , którzy przyszli go pożegnać i zatrzasnąwszy przyłbicę hełmu spiął konia ostrogami.



22     Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona     : Karczma Pod Gupim Smokiem