30     Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona     : Ostatnie spojrzenie na SS


Ostatnie spojrzenie na SS


Jacek " AloneMan " Marciniak


Dwa miesiące temu tow. Drizit podjął próbę napisania felietonu o Secret Service. Zawarł w nim wiele interesujących spostrzeżeń, jednak pominął najważniejsze, gdyż jak sam później stwierdził, nie umiał na tą sprawę "chłodno spojrzeć". Ja, mimo iż tak jak redaktor naczelny, byłem wieloletnim czytelnikiem SS, jednak spróbuję na trzeźwo ocenić to pismo.



Był kiedyś taki film dokumentalny pt. Defilada, wyemitowany zresztą niedawno w telewizji. Przedstawione tam było życie w najbardziej zamkniętym państwie świata - Korei Płn. Oglądając ludzi, dla których ich "ukochany wódz" był uosobieniem wszystkiego co najlepsze, nieraz się uśmiechałem pod nosem. Koreańczycy w różnym wieku, wznosili peany na cześć swojego wodza, a dzieci w szkołach uczyły się jego biografii na pamięć. Całe jego życie przedstawione zostało jako pasmo sukcesów i nawet jawne porażki były przedstawiane w pozytywnym świetle. Jakiś oficer armii wypowiadał się też o sąsiadach z południa. Mówił o tym, że są oni marionetkami w rękach USA, nie mogą używać własnego języka i ogólnie rzecz biorąc są niewolnikami. Ale dlaczego właściwie piszę o tym filmie? Bo niedawno uświadomiłem sobie, że przez 8 lat (tyle istniał SS) tysiące wiernych czytelników zachowywało się właśnie jak Koreańczycy z północy. Ja również taki byłem i nie ma co ukrywać, byłem wręcz fanatycznie oddany SS. Przez 8 lat kupowałem pismo i nie potrafiłem dostrzec prawie żadnych jego wad. Secret Service był przeze mnie wręcz ubóstwiany. Jak się później okazało, wcale nie był oni taki dobry.
Na początku Martinez i jego następcy (choć oni czynili to jeszcze w ograniczonej formie), a później Pegaz Ass, karmili nas perfidną propagandą. Szczególnie ten ostatni nierzadko chwytał się tanich chwytów jak np. superowe burki i buraki (ktoś to kojarzy?). Były to aluzje w stosunku do konkurencji i załatwianie swoich prywatnych spraw. I to w dodatku na łamach rubryki tworzonej przecież przez czytelników, a Supery niewątpliwie do takich się zaliczały! W ogóle jeśli chodzi o własne porachunki, to Pegaz Ass przoduje. Weźmy choćby częste w ostatnich numerach SS ataki przeciw Unii Europejskiej. Co jak co, ale pismo o grach komputerowych chyba nie powinno poruszać takich tematów, a przynajmniej nie w taki sposób. To tak jakby w Przeglądzie Sportowym pisali o naszym wstąpieniu do NATO. Używano więc naszego magazynu do głoszenia swoich poglądów politycznych.
Poza tym redakcja Secret Service słynęła z nadmiernej pychy i ciągłego przechwalania się. I to przejawiało się od samego początku istnienia pisma. Wystarczy choćby przeczytać wstęp do 1 numeru SS. Aż roi się w nim od sformułowań w stylu "jesteśmy najlepsi". Obok, w stopce redakcyjnej, można było zobaczyć, że nakład już wówczas wynosił ponoć 102.000 egzemplarzy. Nawet byłoby to możliwe, ale wówczas pierwszy numer SS nie byłby dziś takim "białym krukiem". Gdzie podziały się te wszystkie egzemplarze? Poza tym dlaczego tylko przez krótki okres swojego istnienia SS należał do Związku Kontroli i Dystrybucji Prasy. W końcu wszystkie szanujące się pisma, które nie mają nic do ukrycia, do niego należą i zawsze należały. A sławetne "biggest selling computer games magazine in Europe/Poland" to również przejaw okropnego zadumania się w sobie szefostwa pisma. W to "Poland" długo można było wierzyć, ale w "Europe" nigdy! Nie jest możliwe, żeby SS był popularniejszy niż takie zagraniczne magazyny jak PC Games czy PC Gamer. W naszym kraju Secret Service długo był liderem, ale później i tak większy nakład oraz sprzedaż miało CD Action. W szczytowym momencie osiągnęło ono aż 200.000 egzemplarzy, ale SS i tak chwalił się, ze jest "biggest selling...". Pegaz Ass tłumaczył się przy tym, że chodzi o sprzedaż na przestrzeni lat tj. całej działalności magazynu. Sorry, ale ja tego nie kupuję.
Płytki SS CD to kolejny dosyć drażliwy temat. Secret Service zaczął wydawać swoje kompakty w czerwcu 1996 roku. Nie były to klasyczne cover cd (dołączane do gazety), ale kupowało się je oddzielnie. Uczciwie trzeba przyznać, że w owym czasie były to najlepsze płytki na rynku. Jednak ich cena była śmieszna, bo za każdy egzemplarz płaciło się prawie 20 zł. Dodać do tego 4 zł za pismo i wychodziło, że na SS czytelnik wydawał miesięcznie prawie 25 zł. Tymczasem konkurencyjne CDA kosztowało chyba trochę poniżej 15 zł. Na szczęście po roku szefostwo SS zmądrzało i dorzuciło do kompletu drugą płytkę nie podnosząc ceny. Taki układ był już do przyjęcia i ja sam wykupiłem sobie prenumeratę. Wszystko grało aż do września 1998 roku, kiedy to nagle druga płytka wyparowała. Ja na szczęście nie byłem już wówczas prenumeratorem i mało mnie to obchodziło. Niewiele później, bo w lutym 1999 roku, SS w ogóle zaprzestał wydawania srebrnych krążków. Jednak najciekawsze jest to, ze w gazecie nie pojawiło się żadne wytłumaczenie takiego stanu rzeczy, żaden list w Przeciekach, żadne przeprosiny czy info dla prenumeratorów, po prostu nic! Płytka była w styczniu, a w lutym już jej nie było. A SS "jechał" dalej, jak gdyby nigdy nic. Podobnie było ze zniknięciem KBG pod konie 1995 roku. Jakże popularny "dodatek do SS" zniknął bez żadnego rozsądnego wytłumaczenia. Miało nie być KBG przez jeden numer (jeśli dobrze pamiętam), a wróciło dopiero po pół roku.
W 1999 roku nastąpiła zmiana nazwy na New S Service. Było z tym wiele hałasu i krzyku, a przede wszystkim krętactwa. W numerze 68 Pegaz Ass pisał, że dobrowolnie (sic!) zmieniono nazwę magazynu, ażeby podkreślić skalę zmian. Jednak już miesiąc później zmienił zdanie - zaczął najeżdżać na Martineza i jego rodzinę, firmę Intermedia PL i w ogóle wszystkich, którzy w ostatnim czasie odeszli z redakcji SS. Samego siebie zaś i ludzi przy nim pozostałych, wyniósł do rangi bohaterów walczących o słuszną sprawę. Przedstawił sprawę w takim świetle, że trudno się dziwić temu, iż następne Przecieki były jednym wielkim teatrem wyzwisk w kierunku Marcina Przasnyskiego i tzw. starej gwardii. Dostało się wszystkim, a piszący demonstrowali swoje oddanie w stosunku do Pegaz Ass'a i NSS. Ja, choć tak nie pisałem, to czułem to samo. Nienawidziłem Martineza i innych "zdrajców". Kiedy wreszcie SS powrócił do swojej starej nazwy, w 86 numerze Pegaz Ass znowu zaczął coś kręcić. Napisał coś w stylu "jak człowiek traci czas i kasę na procesy, to nie może robić dobrego pisma". Wynika z tego, że przyznał iż ostatnie numery SS były słabe! Ciekawe, że gdy cofnąć się do wstępniaków owych "słabych" numerów, to można tam znaleźć same przechwałki. W tym tekście z 86 numeru napisał jeszcze, że po długich bojach wreszcie odzyskał nazwę Secret Service. Tymczasem jak ktoś gdzieś napisał, Martinez sam postanowił odstąpić od procesu, bo nie chciał marnować czasu. Wynika z tego, że Pegaz nic nie wygrał, a przynajmniej nie pokonał konkurenta.
Jednak Martinez i inni redaktorzy też wcale nie byli tacy święci. To przecież za jego rządów pojawiło się wspomniane "biggest selling", a także parę innych ciemnych spraw. Weźmy chociaż słynną niegdyś kłótnię między redakcjami SS i Świata Gier Komputerowych, dotyczącą tzw. teł do recenzji. Otóż jak pamiętamy, SS od pierwszego numeru stosował specyficzne tła w recenzjach. Poszło o to, że ŚGK oskarżał redakcję Secret Service o plagiat. Trudno powiedzieć kto tak naprawdę miał rację, ale faktem jest to, że pierwszy numer SS ukazał się 16 marca 1993, a ŚGK jednak trochę wcześniej. Oczywiście nie obyło się bez złośliwych aluzji do Świata Gier Komputerowych we wstępniakach (to chyba jakaś tradycja). Tamte gadki o podwójnej numeracji (6 numer SS) to były właśnie do ŚGK. Poza tym z czasów, kiedy naczelnym był Martinez, pamiętam jeszcze jedną zabawną i tragiczną zarazem historię. Otóż na SS CD 44 było zamieszczone demko TOMB RAIDER. Miało to być jakieś specjalne demo, bo zawierające sześć poziomów (czyli połowę całej gry). Oczywiście nie było to możliwe, a demo zawierało, jeśli dobrze kojarzę, drugi poziom i nic więcej. Jakież było moje zdziwienie gdy miesiąc później przeczytałem, że zamieszczona na SS CD 44 wersja zawierała szósty poziom. adwokat Maciej Organiściak z Łodzi
Redakcja tłumaczyła się tym, że "sixth level demo" (demo 6 poziomu) zrozumiano jako "six level demo" (sześciopoziomowe demo). No więc włączyłem to demko jeszcze raz i to co ujrzałem na pewno nie było 6 poziomem gry TOMB RAIDER. A pełną wersję kończyłem przecież parę razy. Ale co tam, teraz i tak chyba się nie dowiemy jak to było naprawdę.
Ciekawą sprawą był też sposób składania gazety. Od powstania SS do połowy 1997, magazyn był zszywany. Później przez dwa lata klejony (z charakterystycznym "grzbietem"), a potem znowu zszywany. Oto jak mogą zmienić się poglądy przez 24 miesiące. W 1997 roku redakcja zachwalała klej, pisano, że pismo zyskuje profesjonalny wygląd itd. Po upływie dwóch lat nagle czytelnicy dowiadują się, że klejony magazyn to nic innowacyjnego, że wszystkie pisma komputerowe są klejone, a więc SS musi być zszywany. Miało to niby odróżniać go od innych tytułów dotyczących gier komputerowych, które nie posiadały dobrego poziomu, a jedynie wygląd. Jednak nie trzeba mieć IQ200, aby zrozumieć, że zszywki są po prostu tańsze. Secret Service trochę podupadł i trzeba było na wszystkim oszczędzać. Postanowiono więc powrócić do zszywek, a czytelnikom wcisnąć lipny kit o chęci wyróżniania się z tłumu.
Stosunki, jakie panowały między redaktorami, to również interesująca sprawa. Nie znam osobiście żadnego człowieka, który choć przez chwilę tworzył Secret Service, ale słyszałem wiele opinii. Byli redaktorzy wielokrotnie atakowali Pegaz Ass'a, za nieumiejętne prowadzenie magazynu i złe traktowanie pracowników. Poza tym nie może być przypadkiem, że raz po raz pokład Secret Service opuszczało nagle pół redakcji. Tak było w roku 1998, tak było pod koniec roku 1999. Odchodziły tak kultowe postacie jak: Martinez, Krupik, Gulash, Berger, a później ZAQ, Raven czy Emilus. Były to postacie lubiane przez czytelników i raczej wątpliwe, żeby odchodziły pod wpływem chwilowego kaprysu. Nie ma wątpliwości, że między redaktorami wybuchały konflikty. Poza tym, jak pisał kiedyś ZAQ, w późniejszym okresie w SS istniała cenzura. Ocenzurowano m.in. znakomity felieton Jacka Gadzinowskiego pt. Era Prohibicji. Głównie jego pierwsza część, opowiadająca o historii piractwa komputerowego w naszym kraju, mogła rozdrażnić pewne osoby. Słynna była również sprawa ocenzurowania wstępniaka do SS 77, w którym to odchodzący redaktorzy chcieli się pożegnać z czytelnikami. Padło tam ponoć zbyt dużo gorzkich słów i zamieszczono "wersję złagodzoną". Tą prawdziwą można było znaleźć gdzieś w internecie. Ja nie widziałem w niej nic zdrożnego, ale może komuś nie pasowała. Recenzje publikowane w Secret Service to temat trochę mniej drażliwy, ale również kryjący w sobie nieco podejrzanych faktów. W Gamblerze z lipca 1999 roku pojawiła się wzmianka, jakoby jedno z konkurencyjnych pism miało "sprzedać" recenzję. Chodziło o to, że wybrany magazyn dostaje grę na wyłączność (exclusive), w zamian za pozytywną recenzję, ocenę 9/10 oraz umieszczenie tego tytułu na okładce. Nie tylko ja zainteresowałem się tą sprawą, bo w kolejnych Przeciekach pojawił się list od czytelnika z pytaniem czy to SS tak się zhańbił. Pegaz Ass napisał oczywiście, że ani on, ani nikt z redakcji tego dokumentu nie podpisał. Stwierdził nawet, że wie kto to zrobił. Możliwe, ale wszystkie fakty wskazują jednak na winę ówczesnego naczelnego SS. Oto bowiem w numerach z czerwca i lipca 1999 roku pojawiły się recenzje exclusive, które otrzymały notę 9/10 i trafiły na okładki (odpowiednio były to Star Wars Racer oraz Soul Reaver). Poza tym tylko Secret Service tak chwalił się tym, że dostaje jakąś grę na wyłączność. Często mówiło się też, że recenzje publikowane w piśmie powstawały na podstawie pirackich wersji lub niedokończonych bet. Najdobitniejszym przykładem na to, że tak rzeczywiście mogło być pozostaje chyba recenzja z NSS 70. Konretnie tekst o NEED FOR SPEED: HIGH STAKES. W artykule zabrakło paru rzeczy, które powinny pojawić się w dobrej recenzji gry wyścigowej np. opisu dostępnych samochodów czy tras. Autor narzekał również na drażniące zwężenie ekranu. Rzeczywiście, mogło ono drażnić, ale sęk w tym, że w każdej chwili można je było wyłączyć. Nawet jeśli tekst powstawał na podstawie finalnej wersji gry, to widać, że był robiony na szybko, aby tylko zdążył się załapać do nowego numeru. A napisanie rzetelnej recenzji, bo spędzeniu nad grą 2-3 godzin, jest praktycznie niemożliwe.
Pisałem już o tym wcześniej, ale jeszcze na chwilę wrócę do sprawy "rzucania mięsem" w konkurencję. Szczytem tego było stworzenie nowego działu pod nazwą Warsaw Post. O dziwo, rubryka ta przetrwała tylko 1 (słownie: jeden) numer. Jednak w tym jednym numerze, na jednej jedynej stronie, zdołano dołożyć prawie wszystkim konkurentom. Przede wszystkim CDA, które zostało oskarżone o złamanie jakiegoś porozumienia, ale również nowopowstałemu Clickowi. Nie zachowano żadnych znamion szacunku w stosunku do konkurencji, walono po tytułach.
Kolejną jakże ważną sprawą były częste podwyżki ceny Secret Service. Jeszcze za czasów Martineza następowały one raczej rzadko i były stosunkowo niskie. Jednak później standardem stały się coroczne podwyżki o 1 zł. Czytelnicy dostawali więc piękny prezent pod choinkę - nowy, droższy SS. Dla zachowania pozorów zawsze powiększała się też trochę liczba stron, ale podwyżki i tak bolały. Kiedy SS upadał, kosztował 7,90 zł, co było bardzo wysoką ceną. Na pewno wielu osób nie było stać na taki wydatek, a w perspektywie była kolejna podwyżka (w końcu ostatni numer Secret Service ukazał się w listopadzie, a więc tuż przed kolejnym "prezentem gwizadkowym").
Wobec powyższego należy sobie postawić pytanie czy SS kiedykolwiek był najlepszym pismem o grach w naszym kraju. Oczywiście, że był, ale przez krótki okres czasu. Można powiedzieć, że Secret Service rządził od połowy 1993 roku, do mniej więcej końca 1996. Później jego przewaga nad konkurencją stopniowo malała, a coraz więcej nowych pism odbierało mu czytelników. Po upadku Gamblera (grudzień 1999) stało się jasne, że najważniejszymi pismami na rynku były SS i CDA. Inne tytuły plasowały się trochę z tyłu. Jednak wówczas SS nie był już najlepszym pismem na rynku. Trzeba to uczciwie przyznać, że kolejne numery były średnie lub słabe. Coraz częściej pojawiały się też plotki o rzekomym upadku SS, rozłamach w redakcji itd. Również wszystkie problemy z nazwą nie wpłynęły dobrze na dzieje magazynu. Mimo to wielu czytelników (ja niestety też) nie dostrzegało spadku poziomu pisma. Sam dopiero jak dzisiaj przeglądam sobie stare i nowsze numery, to widzę jak wielka różnica je dzieli. Przecież wystarczy wziąć do ręki np. numery 10 i 90. To są zupełnie inne pisma - inni redaktorzy, inny styl pisania, inne działy itd. Nawet sztandardowe rubryki typu Przecieki czy Supery wyglądają tam zupełnie inaczej.
Czy więc SS był pismem beznadziejnym i słabym? Nie, nie był. Samo pismo przez długi okres czasu było dobre. Ciekawe recenzje, kąciki tematyczne, ogólny klimat itd. Jednak w późniejszym czasie, kiedy odszedł Martinez, SS stawał się coraz słabszy. Mimo to, magazyn ten to kawał mojego (i chyba nie tylko mojego) życia, na nim się wychowałem, to właśnie SS czytałem do poduszki. Z niecierpliwością oczekiwałem każdego numeru, a jak już go dostałem, to miałem popołudnie z głowy. Dzisiaj także często zdejmuje z szafy kilka egzemplarzy SS i czytam je, ot tak dla relaksu. Poza tym cała kolekcja (no, prawie, bo brakuje mi 3 pierwszych numerów) to prawdziwa kopalnia solucji, tipsów oraz helpów. Jak już napisałem, jestem więc silnie związany z tą gazetą i na pewno nigdy nie wyrzucę mojego zbioru Secret Service. Ten tekst miał być właśnie takim chłodnym spojrzeniem i dlatego skupiłem się głównie na minusach magazynu. Mam jednak nadzieję, że czytelnicy SS pamiętają również o wszystkich plusach tego pisma i nigdy o nich nie zapomną.
P.S. Nie chciałbym aby ktoś z byłych członków redakcji SS poczuł się urażony tym tekstem. Wszystkich, którzy nie mają nic wspólnego z wyżej wymienionymi ciemnymi sprawami, serdecznie przepraszam.


30     Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona     : Ostatnie spojrzenie na SS