33     Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona     : "Gwiazda"

Gwiazda



Magda " FoXXXMagda " Urbanik


Sharqa nie patrzyła na tętniące życiem morze, na odbijające się w błękitnej przestrzeni zachodzące słońce, osłaniane przez różowe obłoczki dusz, na głupie i niczego nie świadome mewy, których krzyki wżerały się w jej pulsujący żalem umysł i obolałe ciało...
Krew, która spłynęła po uzbrojonych w turkusowe łuski łapach, utworzyła na piasku fantastyczne wzory. Mogłyby zachwycić duszę niejednego artysty, gdyby nie farba którymi je stworzono i szklana tafla, przesłaniająca czarne oczy starożytnego stworzenia.

Ból. Ciągły, tętniący w przerwanej błonie skrzydeł i za karkiem, gdzie ugodziła włócznia, w ogonie rozoranym zębami potwora...Nie mogę uciec od bólu, tak jak uciekłam od bitwy, fontanny krwi i ognia błyskawic, huku, znoju i zapachów wojny... Podnoszę lewą łapę, patrzę; krwawy odcisk na piasku, niczym szkarłatna róża w herbie rycerza, którego to moje zęby wyłamały tarczę i zmiotły jego ciało na stwardniałą od palącego słońca glebę... Krzywię się z bólem; zabawne. Ja, niegdyś postrach łańcucha gór gdzie się wyklułam i wychowałam, późniejsza bohaterka wielu wojen, uciekłam z pola bitwy tylko dlatego, że taka była ostatnia wola mojego Mistrza i Pana...ale kim on był? Tylko człowiekiem...
- Nie człowiekiem - poprawiam się szybko i spuszczam łeb jeszcze niżej, różowa mgiełka rzuca dziecinne światło na moje poszarpane skrzydło, strzępy żywego ciała zwisają smętnie z pokrytego skórą szkieletu...
Był dla mnie kimś więcej niż jeźdźcem, na którego byłam skazana i nie miałam żadnego wpływu na jego wybór, gdy kilka lat temu kazano nam współpracować i stworzyć morderczy duet, latającą machinę doskonałą - Smoka - i jego pilota - Człowieka. Machina doskonała jednak doskonała nie była - myślę ze wstrętem i kładę się na chłodnym piasku, czołgam się bliżej morza, którego spienione fale zwilżały piasek i chłodziły go; gdy naciskam na niego zranioną łapą, zapada się pode mną i słona woda kąsa żywe mięso, nieosłonięte zdobną w szafirowe łuski skórą i kolcami. Przerażający ból przeszywa mnie niczym partyzana ciało mojego jeźdźca na tamtej ubitej ziemi, gdzie zwarli się w krwawym uścisku bracia i siostry, zarówno na lądzie jak i ponad nim, skrzydło tłukło o skrzydło, wąsy espadonu o klingę bastarda, a krew pobratymcza tryskała na jałową glebę. Co rusz wielkie cielsko uderzało w nią, wzbijając tumany pyłu i grudki ziemi, błoto chlapało na podobne do płacht żaglowców błony skrzydeł. Jeśli raniona śmiertelnie bestia spadała na kłębowisko walczących na ziemi ludzi, przynosiła ze sobą śmierć, wojownicy na koniach i piechurzy z pikami znajdowali ją pod zbrojnym w kolczugę z łusek tułowiem smoczym, z pyska której wionął żar i trucizna, konające zwierzę miotało się ponadto, grubym ogonem miażdżąc kości, odbierając oddechy.

Sharqa z bólem wciągnęła powietrze do pyska, spojrzała na otoczone krwistą poświatą słońce, tańczące nad niebieskimi wrzosowiskami wody mewy...zaraz zniknie za horyzontem, skryje się w morzu otoczone różowym kokonem, nie przepuszczającym błękitnej substancji do palącego wnętrza...

- Wróciłabym. Mogę jeszcze wrócić. A może...- poruszam zdrowym skrzydłem, łeb zwracam ku wschodowi, skąd resztką sił nadleciałam i wydaję z siebie jęk, spróbowawszy zgiąć poszarpaną kończynę i zmusić ją do wysiłku, ale nic z tego. - Już więcej nie polecę - spuszczam ponownie łeb, prawie dotykam już nozdrzami piasku, wilgotny chłodzi skórę na mostku, przykleja się do łusek, "szafirów i szmaragdów" jak mawiał o nich Therrin...

- Sharqa, ląduj, leć ku ziemi!- człowiek ostrym głosem usiłował przywołać smoczego wierzchowca do porządku, lecz Smoczyca owładnięta żądzą zabijania, w ferworze walki nie słyszała jego głosu, nie dostrzegła Smoka barwy mchu pokrywającego zaniedbane nagrobki, koloru zgnilizny i pleśni. Ostrymi niczym brzytwy zębami wpił się i przerwał błonę jednego z jej skrzydeł, ryknęła wściekle, lecz gdy mdłozielony stwór wgryzł się w jej ogon, poczęła skrzeczeć i szlochać na swój własny, smoczy sposób. Gdyby Therrin i jego nieodłączny espadon nie skrócili żywota zielonego Smoka, jego szafirowy wierzchowiec uderzyłby o ziemię, zabijając konny oddział wojska w którego szeregach walczyli. Jednak gdy tylko Therrin wbił sztych espadonu w szare oczy Smoka, trysnęła z nich szkarłatna krew i zalała zarówno spowitego w błękity jeźdźca, jak i jego równie niebieskiego wierzchowca. Raniona bestia z wizgiem zaczęła się miotać wśród innych znajdujących się w powietrzu stworów, kilka mniejszych zrzucając na ląd, na zajęte
walką i rozprzestrzenianiem śmierci oddziały obu stron. Szafirowa Smoczyca natomiast ciężko wylądowała na ziemi, krew spływała ciurkiem na ciernisty krzew, szara mgiełka przesłaniała jej wzrok, jedyne co słyszała to ryki pobratymców gdzieś w górze i głos pana przy uchu... Spojrzała na niego półprzytomnym wzrokiem i ocknęła się zupełnie; na szyi człowieka widniała wielka rana, gejzer krwi, która spryskała kark Smoczycy czerwonymi kropelkami, tworząc rodzaj makabrycznego ornamentu.
- Masz uciec, Sharqa. Nie zastanawiaj się i nie kręć łbem, tylko uciekaj. Co nam po bohaterstwie, jeśli żadne z nas nie będzie mogło o nim powiadomić reszty, opowiedzieć następnym pokoleniom?

Odleciałam. Ale następne pokolenie nic z tego nie usłyszy, w każdym razie na pewno nie ode mnie... Nie miałam mu wtedy serca powiedzieć, że jad zielonego Smoka przedostał się do moich żył, krwi starszej niż niejedno założone przez ludzi miasto, która teraz miała stężeć i skrzepnąć, dostać się do serca i zmrozić je już na zawsze... Nie miałam serca powiedzieć mu że umrę.

Ostatnie promyczki słońca są widoczne za turkusową barierą morza, czerwona łuna coraz bardziej maleje...żegnam się z tym słońcem, co przez tyle setek lat witało mnie ciepłym dotykiem i jasnością spływającą na me ciało i oświetlającą mi drogę...już nigdy więcej mnie nie obudzą jego słodkie wiosną promienie, palące latem, słabnące jesienią, niknące zimą... Resztką sił zmuszam obolałe członki do wysiłku, sunę po wilgotnym piasku w stronę morza, już jestem przy granicy wody z lądem, dotykam językiem wody; czuję jej smak, jest słona, znaczy że trucizna nie dotarła jeszcze do mózgu, nerwy i zmysły mam sprawne...
Podnoszę łeb; niebo granatowieje pomału, czy zdążę przed wzięciem ostatniego oddechu dojrzeć rydwany bogów na nieboskłonie, srebrne gwiazdy migoczące tysiącem iskier?
Daleko za Białą Rzeką czeka rodzina, nadaremnie będzie jednak wypatrywać szafirowego błysku na niebie, promieni słonecznych odbijających się od migoczących łusek i drobnych, złożonych na czas lotu błon na głowie... Czy mi się zdaję, czy tracę czucie w tylnych łapach? Tak, nie czują już miękkiego piaseczku na jakim się opierają, uginają się pode mną i padam na brzuch, ziarenka piasku wciskają się w szczeliny między łuskami, zaraz przestanę je też czuć, zanurzam końcówkę pyska w pianie morskiej, ulga chwilowa...
Nigdy już nie wezwie mnie do walki odgłos bębnów i ryk rogu z masy perłowej, nie wzlecę w przestworza pod sztandarem błękitnego proporca z rybołowem na aksamicie, nie poczuję ciężaru siodła, jeźdźca i jego oręża na grzbiecie, a ten fakt boli nawet bardziej niż poszarpane skrzydło czy ślady zatrutych zębów na ogonie...
Przednie łapy też powoli tracą siłę, zagłębiają się w przesiąkniętym morską solą piasku i nie podnoszą się już z niego, nie reagują na moje ostatnie polecenia, wydawane przez zasnuty mgiełką trucizny mózg... kładę łeb bokiem na piasku, chłodzi łuski na zranionym pysku...patrzę z nadzieją w niebo, tak bardzo pragnę ujrzeć przed śmiercią gwiazdy, chociaż jedną, znak że mi przebaczono i mogę w spokoju zamknąć oczy i pozwolić na zawsze spocząć zmęczonemu ciału, powalonemu przez jad...
Nic. Przymrużam szafirowe powieki i wciągam powietrze, z żalem zauważając że nie wyczuwam zapachów unoszących się w nim, zmysł zapachu jest już porażony, jeszcze chwila i w jego ślady pójdą mózg lub serce.
Za późno...serce w mej piersi wyrwało się z wolnego, dostojnego rytmu i przez chwilę zaledwie zabiło szybciej, jak przebity strzałą ptak usiłujący odlecieć jak najdalej od oprawcy... Zabiło szybciej przez ułamek ludzkiej sekundy, by po chwili zaraz osłabnąć, uderzać coraz wolniej, niczym życie uciekające wraz z krwią wypływającą z rany mojego pana...
Gasnę...niczym rozpalona dziecięcą rączką świeca, po której zostaje tylko ogarek i ogień nie mając już pożywienia - umiera...
Ale cóż to...w moim patrzącym prosto na niebo oku odbija się klejnot ze srebrnego metalu z rozżarzonym sercem...Gwiazda.
Doczekałam...

Szafirowa powieka przesłoniła złote oko Smoczycy i oświetlane przez budzący się do życia i gotowy do conocnego czuwania księżyc... morskie fale nieśmiało muskają wielkie cielsko martwego stwora.

Zbliża się przypływ.


33     Poprzednia strona Spis treści Nastepna strona     : "Gwiazda"